Do stolika w kawiarni dosiadła się starsza pani, z westchnieniem, że ona już nie ma siły. Przejdzie dwadzieścia metrów i musi usiąść. A musiała przyjść do tej galerii handlowej, bo tylko tutaj i tylko w piątki można kupić policzki wieprzowe.
Spytałam z grzeczności (bo tak naprawdę temat mnie nie interesuje), co ona z tymi policzkami robi.
Ależ to bardzo proste, najpierw posypuję mąką (po uprzednim usunięciu błonek i żyłek) i obsmażam z obu stron krótko na patelni. Potem przekładam do garnka, zalewam wodą i gotuję na wolnym ogniu przez 1,5 godziny.
To jest takie proste - pomyślałam - że ja (dwie lewe ręce do gotowania) też mogę to zrobić.
Usuwanie błonek i żyłek zmęczyło mnie tak, jakbym przerzuciła pół tony węgla. Skąd to chucherko w słusznym wieku bierze na to siły - pomyślałam o starszej pani.
A policzki "wciągnęłam nosem" - pychota.