Nigdy bym nie uwierzyła, że święta mogą być traumą. Tak, tak, święta (jakiekolwiek) dla niektórych (odnoszę wrażenie, że dla większości urodzonych po 1970 roku) to dramat gorszy od wojny.
Wielkanoc nie była lekka jak powiew wiosny , bo chociaż to był czas wolny, to zniewolony presją wstawania jak w dzień powszedni, albo i wcześniej, bo byliśmy od switu w pełnej mobilizacji : musieliśmy się wcześnie zebrać wszyscy do pionu , ubrać świątecznie ( co zajmowało więcej czasu niż zazwyczaj ) i dojechać do teściów .
Za każdym razem widok był ten sam : teść w oknie i pierwsze słowa na przywitanie - no, nareszcie jesteście !
Nie można "róbta co chceta". Ba, spotkanie z teściem, który się cieszy na nasz widok (zgłupiał doszczętnie). I trzeba się ubrać odświętnie (no, kto to słyszał). Podejrzewam, że na dodatek trzeba się umyć (o zgrozo). O jedzeniu już nie będę wspominać....
No cóż, już dawno zrozumiałam, że nie po drodze mi z wami.